Na kotwicy

Nie jestem entuzjastą kotwiczenia, manewru, który w żegludze samotnej wydaje się szczególnie uciążliwy. Ale w długim rejsie nie zawsze znajduje się dogodny port na drodze, a czasem właśnie stanięcie na kotwicy okazuje się jedynym sposobem, a przynajmniej najtańszym sposobem na postój.

W mojej praktyce nie istnieje celowe zatrzymywanie się na kotwicy w obliczu ciężkiej pogody. Kiedykolwiek mi się to zdarzało wynikały z tego nieuchronne kłopoty – przy silnym wietrze kotwica dragowała, a jeśli były dwie – łańcuchy się plątały i jechaliśmy do tyłu na dwóch kotwicach. Ostatnie ćwierć wieku mam do czynienia z większymi jachtami o ożaglowaniu rejowym, a te przedstawiają znacznie większą powierzchnię nawiewu, stąd być może więcej bolesnych doświadczeń. Ale i z wypowiedzi innych żeglarzy wyciągam podobny wniosek – gdy pogoda się pogarsza i wiatr narasta, lepiej uciekać z kotwicowiska, najlepiej na pełne morze. Ta rada w szczególności dotyczy rejonów nawiedzanych przez huragany.

Po tym wstępie mogę sobie darować omawianie typów kotwic, gdyż nie ma takiej, która jest niezawodna. Kotwica pasuje dobrze do symbolu nadziei, ale ta, jak mawiają, jest „matką głupich”. A ponadto, wyruszając w rejs, najczęściej mamy już na pokładzie jedną lub dwie kotwice i korzystamy z tego co jest.

Z wielu powodów kotwice powinny być dwie. Bywają kotwicowiska ciasne lub zatłoczone i należy ograniczyć wielkość łukowania. Wtedy przydaje się druga kotwica. Również na prądach pływowych lub na rzece drugą kotwicę mamy za rufą,co daje nam gwarancję pozostania mniej więcej w tym samym miejscu.

Stosowanie dwóch kotwic
do zwiększenia siły trzymania uważam za niepraktyczne, niezależnie czy będzie to stawanie fertoing (łańcuchy rozchylają się od dziobu niczym wąsy) czy gęsiego (jedna kotwica za drugą). Znacznie istotniejszym elementem niż rodzaj kotwicy czy łańcucha (liny) jest wybór gruntu, na którym kotwiczymy. Uczone podręczniki podają jaka kotwica nadaje się na jaki grunt, ale przecież nie wozimy ze sobą garnituru kotwic, żeby wybierać. Jest oczywiste, że na litej skale nie utrzyma się żadna kotwica,a w muł wejdzie każda, byle ciężka. Z tego punktu widzenia najpraktyczniejsza wydaje mi się kotwica pługowa. Zmierzam jednak do tego, że jeśli mamy wybór miejsca kotwiczenia, to raczej przeanalizujmy te drobne literki na mapie, które oznaczają rodzaj dna, a dopiero potem zastanawiajmy się nad długością łańcucha.

W literaturze fachowej powtarza się twierdzenie, że stosunek kabla (łańcucha, liny lub liny z łańcuchem) do głębokości na jakiej kotwiczymy nie powinien być mniejszy niż 3:1. Praktyka podpowiada, że to ryzykowne i dotyczy niewielkiej ilości wody pod stępką. Czujemy się bezpieczniej gdy stosunek ten wynosi 5:1. Im silniejszy wiatr tym kabel musi być dłuższy.

Odpowiednia długość kabla przekłada się na odpowiedni kąt pod jakim kotwica wyrywana jest z dna. Im mniejszy kąt tym kotwica lepiej trzyma. Dlatego niektórzy zalecają stosowanie obciążników czyli prosiaków, które na dodatkowej lince spuszcza się po głównym łańcuchu. Założenie jest słuszne, ale w praktyce kto wozi prosiaki na jachcie? A jeśli już ma takie czy inne obciążniki to czy zechce je skrupulatnie nizać na łańcuch? W końcu i tak linka prowadząca obciążnik splącze się z łańcuchem i będziemy musieli cały kłąb wyciągać razem, być może w warunkach coraz bardziej pogarszających się.

O ile nie popieram obciążników o tyle zalecam bojki oznaczające położenie kotwicy.Też kłopotliwa czynność z przywiązaniem dodatkowej linki (bojrepu) do kotwicy (najlepiej do trentu) i też ta dodatkowa linka lubi się splątać. Ale jej celem zasadniczym jest ułatwienie wyciągnięcia kotwicy lub odnalezienie, jeśli trzeba będzie ją w pośpiechu porzucić.

Kotwica trzyma swoim kształtem, ale też i wagą. Im kotwica cięższa tym lepsza. Ale ciężka kotwica przy rzucaniu stwarza zagrożenie (francuski żeglarz Alain Colas nieomal stracił stopę), a przy wyciąganiu wymaga większego wysiłku. Poza tym często gęsto kotwice lubią zaczepiać się o podwodne przeszkody, których pełno w pobliżu portów. Nawet sąsiedni jacht lub statek, który później przypłynął, mógł nam na dobre zablokować swoim łańcuchem naszą kotwicę. W tych wypadkach wyciąganie kotwicy za linkę zwrotną, a nie za łańcuch może być zbawczym rozwiązaniem.

A co powinniśmy przyczepiać do kotwicy oprócz bojrepu czyli co ma się składać na tzw.kabel. Dla dużych jachtów koniecznie łańcuch odpowiednio mocny, dla bardzo małych wystarczy miękka lina, dla większości jednak najbardziej praktyczny jest odcinek łańcucha przy kotwicy – nie przeciera się na rafie i służy jako dodatkowe obciążenie, a reszta miękka lina, którą w razie czego można wybierać na kabestanie.

Wybieranie samego łańcucha wymaga wciągarki kotwicznej, a ta lubi się psuć. W każdym razie dobrze jest mieć przygotowany odcinek liny mocowanej na dziobie, która może posłużyć jako stoper lub gotowy zaczep na wymiar ogniwa naszego łańcucha. Proporcje odcinków łańcuch-lina pozostawiam rozwadze zainteresowanych załóg.

Jerzy Kuliński w swojej „Praktyce bałtyckiej” podaje ciekawe rozwiązanie kombinacji łańcucha i miękkiej liny, która ułatwia wyciągnięcie oddzielnie łańcucha i oddzielnie kotwicy: odcinek liny o długości większej niż głębokość w miejscu postoju rozdziela kotwicę od łańcucha, dzięki czemu oddzielnie wyciągamy łańcuch (sam w sobie dostatecznie ciężki),a oddzielnie kotwicę (ciężką z natury,bo taka musi być!)

Wreszcie na zakończenie porada jak wybrać najlepsze miejsce do kotwiczenia. Moje zdanie jest takie, że najlepiej w ogóle nie kotwiczyć – wejść do portu, płynąć dalej albo stanąć w dryf. Ale jeśli już koniecznie chcemy się w to bawić, to najpierw przeanalizujmy mapę pod kątem osłonięcia od wiatru i jak będzie nas woził prąd pływowy. Jaki jest rodzaj gruntu? Na miejscu zobaczymy,czy inni chętni już wybrali to miejsce i jaki jest tłok. Być może trzeba będzie posłużyć się drugą kotwicą.

Kiedy manewrujemy już na wybranym kotwicowisku zwróćmy uwagę na co będziemy się później namierzać sprawdzając czy kotwica trzyma. Niestety taki jest bowiem urok kotwiczenia, że trzeba baczyć kiedy kotwica puściłą i zaczynamy dryfować.

Standardowo wyznacza się jakieś znaczące punkty i notuje odpowiednie namiary, które nie powinny się zmieniać. Praktycznie wcześniej odczujemy zerwanie kotwicy po charakterystycznym miękkim szarpnięciu łańcucha niż to wyliczymy ze zmieniających się namiarów. Po wtóre przy kompasie musi ktoś siedzieć, żeby sprawdzać namiary i zmianę w porę zauważyć. Jeśli kotwica zaczyna dragować to najczęściej robi to na dobre albo skokami i do cudu należy zaliczyć jej załapanie, najczęściej na przeszkodzie, kamieniu lub innym rodzaju gruntu, co w rezultacie okaże się jeszcze większym problemem przy rwaniu.

Jachty wyposażone w GPS z plotterem mogą to wykorzystać ustawiając opcję dużego powiększenia, a każdy ruch kadłuba nad dnem będzie zauważalny na ekranie. Pod warunkiem, że będzie komu czuwać.

Przypomina mi się historia znajomego prominentnego kapitana, który zakotwiczył przed portem na wysokości Gdyni, a ocknął się na brzegu w Świbnie dryfując nocą przez całą szerokość Zatoki Gdańskiej. W tym wydarzeniu zawierają się wszystkie problemy tematu „kotwiczenie”: błędna decyzja żeby kotwiczyć, zapewne niewłaściwa długość łańcucha, brak właściwych punktów odniesienia (namiarów), zapewne brak wachty kotwicznej, wreszcie niefrasobliwość karygodna przy tego rodzaju manewrze.

Moim zdaniem najlepiej stawać tak, żeby na pierwszy rzut oka widać było przesunięcie się jachtu z miejsca postoju. Anglicy określają to słówkiem „transit” – gdy w namiarze mamy dwa wyraźne obiekty jeden za drugim: mogą to być nabieżniki, dwa pokrywające się przylądki, pojedyncze drzewo na tle innego pojedynczego drzewa. Bardzo często takie „tranzyty” można wydedukować wcześniej z mapy i tak kierować się na miejsce kotwiczenia, by je wykorzystać. I jeśli chcemy tę wiedzę o namiarach wykorzystać to na pokładzie musi pozostać wachta kotwiczna tak liczna i kompetentna, by swobodnie manewrować jachtem. Czyż nie tak zginął na Wyspie Niedźwiedziej słynny jacht „Otago”?


Rekomendacje Erica Tabarly:

Kotwice: co najmniej dwie, najlepsze pługowe z galwanizowanej stali
Kabel: minimum 30 m łańcucha, drugie tyle lina nylonowa
Dno: unikać dna skalistego,gdzie kotwica się zakleszcza i z wodorostami gdzie draguje
Głębokość: kotwiczyć na płyciznach, uwzględnić wysokość niskiej wody
Prądy: unikać, stawać tam gdzie prąd mniejszy
Wiatr: kotwiczyć pod wiatr za osłoną lądu, baczyć na odkrętki wiatru
Wciągarka kotwiczna: można zrezygnować, gdy załoga wieloosobowa

Źródło: Eric Tabarly „Practical Yacht Handling” Stanford Maritime London 1980



Krzysztof Baranowski "Żagle" 2/2004

 

Czas ruszyć na morze? Zapraszamy:

Wyspy Kanaryjskie czarter jachtu

 

 

 

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama